[quote7f="Father"][quote7f="Ewa J."]Owszem, pewne nagrania powiedzmy sprzed wieku wydają się być pretensjonalne, mniej doskonałe technicznie, nawet śmieszne, ale mistrzowie i ich sztuka nie starzeją się nigdy.[/quote7f]
To oczywisty truizm. Powiem jeszcze, że sztuka umiejscowiona w czasie jest zawsze wypadkową postrzegania świata przez wspólczesnych ludzi. Jeśli malarstwo średniowiczne wspólczesnym wydaje sie naiwne to nie znaczy to wcale iż nie jest ono sztuką.[/quote7f]
Wcale nie truizm. To zależy od punktu widzenia; niektórzy do dziś są niezwykle wzruszeni "Umierającym łabędziem" Pawłowej, inni uważają to za groteskę i nawet na naszym forum czytałam opinie, że jej wykonanie po prostu się zestarzało, że nie przedstawia żadnych wartości dla współczesnych odbiorców sztuki tańca. Jak widać, zdania są podzielone, więc błędnym przekonaniem jest uważać to za truizm. Dla niektórych Pawłowa pozostanie niedoścignionym wzorem artystki, która niezwykle sugestywnie umiała przekazywać wszystkie ludzkie emocje, uczucia, tak o niej pisano - inni z kolei odstawiają jej taniec do lamusa i dziwią się, że coś takiego w ogóle mogło kogokolwiek zachwycić, bo gdzież jej do dzisiejszych tancerek, które bez trudu robią arabeskę na 160 stopni.
[quote7f="Father"]
Wyjatki potwierdzaja regułę i dlatego nie przekonałaś mnie do tego iż dawniejsze tancerki były bardziej wyrafinowane w ekspresji uczuć niż obecne[/quote7f]
Ależ ja nikogo do niczego nie zamierzam tu przekonywać, mam własny punkt widzenia, inni mają własny, jeśli już, to chodzi o fakty. I nie to miałam na myśli, że dawne tancerki były bardziej wyrafinowane, niż dzisiejsze, tym bardziej, że wcale tak nie uważam. Myślę za to, że tancerki z tamtych czasów wcale nie musiały być gorsze od współczesnych, jak zazwyczaj się mniema i to z bardzo różnych powodów. Z drugiej strony to, że Spiesiwcewa jest dla mnie wielką artystką nie oznacza wcale, że tak samo musi być nią dla innych. I co więcej obiektywnie rzecz ujmując, czyli porównując z innymi tancerzami z jej czasów, nie była ona wyjątkiem. Bo są tacy, którzy daleko bardziej zachwycają się Pawłową, albo Karsawiną tudzież innymi tancerkami Baletów rosyjskich późniejszego okresu, albo tancerzami z tego zespołu (przecież na czterech "bogów tańca", o których się mówi, dwóch pochodzi właśnie z tamtych czasów, początku XX wieku - Niżyński i Lifar). A wybitni choreografowie, Fokin, Balanchine, cóż, oni się nie liczą? Więc nie postrzegałabym w żadnym wypadku O. Spiesewcewej jako wyjątku, bo nie ujmując jej talentowi, byłoby to jednak ujmą dla innych wielkich artystów z tych czasów tylko ją gloryfikować i stawiać na piedestale, a o reszcie zapominać. (Chociaż w zasadzie to o niej najczęściej się zapomina, ale tak czy inaczej sprawiedliwe trzeba patrzeć na dokonania wszystkich).
Reasumując, dla jasności: ja nie próbuję udowodnić, że któraś epoka była lepsza, tylko to, że nie tylko dziś, ale też kiedyś można było mieć do czynienia z wybitnymi artystami i wręcz wahałabym się oceniać, że lepiej było wtedy, niż jest teraz i odwrotnie. Dla większości zaś ten podział na gorsze i lepsze jest oczywisty i jasny, dla mnie kiedyś też był, ale teraz po obserwacji różnych nagrań wyrobiłam sobie własne i oczywiście subiektywne zdanie na ten temat.
[quote7f="Blanche"]Tu przydałoby się zadać pytanie, czym w zasadzie jest wyraz - ja, co chyba też już kiedyś pisałam, zastanawiam się czasami, czy pod "wyrazem" należy rozumieć aktorstwo, sposób kreowania i odgrywania w danej postaci, czy po prostu emocje tancerza - czy jeden przyklejony uśmiech przez cały spektakl można nazwać wyrazem? I czy wyraz to tylko emocje na twarzy, czy każdy ruch (tu od razu myślę o Lopatkinie w białym adagio, o którym pisała wyżej raisa - bo jak dla mnie tam każdy jej ruch jest niezbędny i jest nie tylko elementem tańca, ale i całej postaci Odetty).
Co do Twojego pytania, to ogólnie rzecz biorąc ja bym uznała, że z jednej strony wyraz jest lepszy - też ze względu na to, co napisała raisa - bo wszystkie ruchy są bardziej subtelne, bardziej dopracowane; z drugiej strony gorszy, bo czasami to odpowiednie uniesienie nogi czy odpowiednio wykonany piruet tak pochłania tancerza, że pod względem artystycznym zdaje się być pusty (i tu znowu wraca kwestia równowagi między techniką a wyrazem

)[/quote7f]
Właśnie, może słowo "wyraz" to nie do końca precyzyjne określenie, ale zdecydowanie nie nazwałabym nim uśmiechu przyklejonego do twarzy, oj nie

Używając tego sformułowania ja przynajmniej mam na myśli to, co składa się na całokształt kreowanej przez tancerza postaci, czyli de facto wszystko: nie tylko taniec, to, w jakim stopniu jest on przekazem - prawdy - emocji, uczuć, charakteru bohatera i jego motywacji, ale również poszczególne gesty, mimikę twarzy, naturalność itd. I właśnie, mi też przychodzi na myśl Łopatkina jako Odetta, ponieważ w tej roli jest doskonała, ale nie, być może nawet najpierw jako Zobeida, bo z kolei w tej odsłonie jest dla mnie absolutnie idealna. Myślę sobie nawet, że gdyby Fokin jakimś cudem powstał z grobu i mógł ją zobaczyć w swoim balecie, to zamiast wrzeszczeć i rzucać krzesłami, jak zwykle miał to w zwyczaju czynić na próbach (ach, ci romantycy i ich nieokiełznany temperament!

), wprost oniemiałby z zachwytu, tak samo odnośnie Ruzimatova

Takie też odczucia mam wobec Vishnevej jako Giselle i wobec Spiesiwcewej, więc to, co potrafi we mnie wzbudzić nie tyle największy zachwyt, ile najbardziej poruszyć jest dla mnie miernikiem wartości sztuki konkretnego artysty i określa jego wyraz artystyczny. Nie ważne jest dla mnie to, jakie to były lata, jaka epoka, ale co dało mi obcowanie z czyimś przekazem tanecznym, jak na mnie wpłynęło. Wymieniłam oczywiście kilka przykładów, ale wśród tancerzy obu płci jest znacznie więcej artystów, którzy nie pozostawiają mnie obojętną, a że każdy ma inne upodobania, inny typ wrażliwości, to w zależności od tych czynników na inne osobowości i aspekty tańca będzie zwracał uwagę.
[quote7f="Torin"]
Obecnie daje się zaobserwować (znaczy się taka jest moja obserwacja

) w sztuce ogólniej rozumienej iż oddawanie uczuć jest jakby hmmm mniej oczywiste, naturalne. Albo uczucia są spychane w pewnien schemat albo przerysowane. [/quote7f]
Mam dokładnie takie same odczucia, to co napisałeś oddaje je w sposób lapidarny, ale bardzo dokładny. Też zwróciłam uwagę na to, że niestety często właśnie tak się dzieje; to co najważniejsze i co powinno być istotą tańca, spychane jest na dalszy plan. Dlatego to najlepsze wytłumaczenie mojego wielkiego sentymentu do artystek starszej daty, Pawłowej, Spiesiwcewej również. Cenię je za uczucia, szczerość, autentyczność i serce, jakie wkładały w swój taniec, za to, że były romantyczkami z krwi i kości, co widać w każdym najdrobniejszym ich ruchu, w każdym geście. Spontaniczność i naturalność Olgi jako Giselle moim zdaniem jest nie do odtworzenia przez żadną współczesną tancerkę, ona nie grała, ale żyła życiem swojej bohaterki, dlatego była do tego stopnia zachwycająca, prawdziwa i niepowtarzalna. To jest również powód, dlaczego nikogo innego nie oglądałam z takim wzruszeniem, z jakim patrzyłam na nią.
I smutno mi było tym bardziej, kiedy patrząc zdawałam sobie sprawę z tego, że jeszcze kilka lat i sama podzieli los odgrywanej przez siebie postaci, że sama jest Giselle, która nie będzie w stanie uchronić się od życiowej tragedii.. wysoka więc była cena jej talentu i tego, jak bardzo utożsamiała się z graną przez siebie bohaterką.