No dobrze, jak wszyscy to wszyscy. Spróbuje najkrócej jak to tylko możliwe.
Oczywiście bardzo udana premiera i całościowo obydwa wieczory spędzone w Teatrze.
Nad recenzją pana Marczyńskiego załamałam ręcę, jest w moim odczuciu bardzo chybiona i choć się na tym nie znam zdaje mi się wręcz nie poprawna - nie rozumiem np. czy pan Marczyński uważa Kareninę za "starą" i taką, która "gdyby nie Ratmański zeszłaby ze sceny" czy za ponadczasową opowieść... Dlatego zazwyczaj długo się zbieram do czytania recenzji by zbytnio się nie denerwować. Już po przeczytaniu pierwszych wytłuszczonych zdań, można pomyśleć, że byliśmy na dwóch różnych spektaklach. Uważam, że twórcom przedstawienia udało się stworzyć mało, że nowoczesne przedstawienie to właśnie bardzo dobrze oddające emocje zawarte w powieści i ducha epoki. Duża w tym zasługa scenografa. Po pierwsze wspominane już wizualizacje w tle - czasem jako bierne tło wydarzeń (dworzec kolejowy, wypełniony książkami gabinet Karenina, teatr).
Czasem potęgują nastrój jak ciężkie chmury, śnieżyca, kwitnący sad (może rzeczywiście jak wspomniał Raul trochę banalny - ale czyż nie każdy romans vel miłość nie posiada w sobie odrobiny różu?

) .
A czasem mam nawet wrażenie jakby zaczynały brać czynny udział w przedstawieniu – potępiający wzrok „śmietanki” towarzystwa patrzący na Karenina w bibliotece i pociąg w ostatniej scenie. Jak już zostało napisane - ułatwiają one szybkie i płynne przechodzenie między poszczególnymi scenami przy czym nie zagracają sceny. Chyba także dzięki nim spektakl jest tak łatwy do zrozumienia, nawet dla osób nie znających ani powieści ani nawet streszczenia (wypytałam, sprawdziłam - osoby, które nie czytały wszystko rozumieją - wszystko się zgadza

).
Dochodzą do tego piękne kostiumy utrzymane w duchu epoki.
W przedstawieniu są moim zdaniem dwa bardzo udane fragmenty, w których akcja wychodzi wręcz poza granicę sceny - mam na myśli upadek Wrońskiego i scenę w teatrze. Obie sceny zasługują na szczególną uwagę zdaję się, że pod każdym względem. Pierwsza przede wszystkim ze względu na choreografię i muzykę, świetnie pokazujące rosnące napięcie związane z wydarzeniami na hipodromi. W drugiej z nich (nie wiem czy kwadryga była konieczna?) również jestem pod wrażeniem prześlicznej muzyki i całego obrazu, który widzimy na scenie. Uważam, że posadzenie artystów z przodu sceny na przeciwko publiczności jest wspaniałym rozwiązaniem - gdy pierwszy raz to zobaczyłam aż się obruszyłam, zadając sobie w środku pytanie "halo! no kto tu jest w teatrze?". Może nie ma konieczności zadawania sobie pytania czy zabieg ma służyć temu byśmy i my ocenili teraz postać głównej bahaterki - bo oczywiście dziś książke czytamy trochę inaczej niż wtedy gdy została napisana, ale według mnie Anna w swojej czerwonej sukni przechodzi w tej chwili tak samo przed tamtym zgromadzonym w tetrze społeczeństwem jak i przed nami teraz. Dzięki tej - właściwie prosto pomyślanej - relacji z publicznością sztuka jest żywa tak samo jak ponadczasowa powieść Tołstoja i wychodząca poza ramy Anna, której jak czytamy w programie nie mógł ujarzmić nawet autor.
Wogle mam wrażenie, że w spektaklu choregraf świetnie i bardzo pomysłowo wykorzystuje przestrzeń sceniczną. Według mnie bardzo pięknie, czytelnie i subtelnie zostały pokazane zarówno najważniejsze wydażenia powieści, emocje towarzyszące bohaterom i nawet sny i prześladujące, wiszące nad Anną fatum (mamy przecież nie tylko powracający koszmar, przecież ten pociąg wisi też nad Anną w muzyce) - przecież to wcale nie było takie proste do pokazania bez zbytniego okrojenia lub bez utraty czytelności - w moich oczach się udało.
Obie obsady są według mnie udane. A przyznam się szczerze, że odnośnie obydwu wykonawczyń głównych ról miałam wielkie wątpliwości przed spektaklem. Ku mojemu zaskoczeniu po obydwu przedstawieniach wyszłam szczęśliwa, że się udała i myśląc w duchu że taka właśnie jest Anna. Choć były to dwa zupełnie różne spojrzenia na tę postać. Pierwsze w wykoniu Marty Fiedler pokazujące uczucia Kareniny trochę bez osłony konwenansów których musiała się trzymać. Marta też z powodu swojej urody bardzo dobrze pasuje do postaci Anny. Natomiast Natalia pokazała nam Annę z zupełnie innej perspektywy - na zewnątrz silna i pewna siebie ale osamotniona w swoim dramacie Karenina była być może nieco bliższa opisowi Tołstoja, a być może oba spojrzenia na tą postać są bardzo cenne? Również obydwa spojrzenia są w pokazane w powieści - kiedy czytam po raz kolejny akapit opisujący wałkowaną przeze mnie wyżej scenę w teatrze - myślę sobie że zarówno w środę jak i w czwartek zobaczyłam na scenie bardzo dobrze zagraną Annę:
[quote91] „Wroński nie wiedział, co mianowicie zaszło pomiędzy Anną a Kartasowami, odgadł jednak, że zaszło coś upokarzającego dla Anny. Zrozumiał to z tego, co zobaczył a przede wszystkim z twarzy Anny, która – wiedział to – resztką sił starała się odegrać do końca obraną rolę. I rola ta, zachowanie pozornego spokoju, udawała się jej znakomicie. Kto nie znał ani jej, ani koła jej znajomych, kto nie słyszał tych wszystkich wykrzykników współczucia, zgrozy i zdziwienia ze strony kobiet, że Anna odważyła się wystąpić w towarzystwie – i to tak wyzywająco ze swymi koronkami i swoją urodą – kto tego wszystkiego nie spostrzegł, mógł zachwycać się spokojem i pięknością tej kobiety i nie podejrzewał nawet, że czuła się ona jak pod pręgierzem” [/quote91]
Oczywiście ogromnym zaskoczeniem było to jak zatańczyła Natalia.
Obaj Wrońscy zgodnie z moimi oczekiwaniami, byli w porządku. Gdy ogląda się ich dzień po dniu, świetnie widać z jednej strony lekkość z jaką tańczy Maks, doceniłam to przede wszystkim drugiego dnia - gdy miałam wrażenie, że Basałajew dość niepewnie lądował po skokach i kończył piruety - ale jakoś mi to nie psuło miłego odbioru. Sergiej jest za to trochę bardziej wyrazisty - co świetnie się komponowało z silną i pewną siebie Kareniną. Obydwu bardzo dobrze mi się oglądało. Chociaż jeśli chodzi o grę aktorską, nie zgodziłabym się, że Maks źle gra. Ja na jego twarzy widziałam emocje odpowiednie do tego co akurat tańczył. Chociaż, podczas króciutkiego epizodu z dziewczęcą Kitty(Iza) utwierdziłam się w przekonaniu, że między Maksem a Izą występuje na scenie jakaś wyjątkowa relacja - nie wiem czy jest to kwestia tylko tego, że strasznie do siebie pasują, czy może wzajemnej sympatii, po prostu fajnie się ich razem ogląda, jest między nimi jakaś iskra. Mam wrażenie ze sceny zbiorowe (np. wyścigi) wypadły lepiej drugiego dnia.
Potwierdzam, że były to dwa wyjątkowo udane wieczory.
P.S. no i z przymróżeniem oka, trzeba zapamiętać drobne przygody z wagonem zarówno pierwszego i drugiego dnia
