Byłam dzisiaj na "Dziadku do Orzechów" w Teatrze Muzycznym w Gdyni i mimo że czytałam komentarze na forum przed obejrzeniem spektaklu nie spodziewałam się, że będzie aż tak słabo, szczególnie, że strasznie trudno było dostać bilety.
Właściwie od początku było nie tak. Całą uwerturę widzowie patrzyli na pustą scenę. Nie pamiętam żadnego "Dziadka" (a widziałam co najmniej pięć), w którym w czasie uwertury tancerze nie byliby na scenie, np. grając, że są w drodze na przyjęcie u rodziców Klary i Fritza. W wersji, w której grałam będąc dzieckiem, tancerki w strojach pokojówek umieszczały na scenie rekwizyty potrzebne w pierwszym akcie. W czasie spektaklu Moscow City Ballet widzowie zmuszeni byli patrzeć na tiulową kurtynę, a za nią majaczące w ciemności dekoracje. Osobom niezorientowanym powiem, że uwertura "Dziadka" jest dość długa...
Choreografia w całym spektaklu była oparta na paru powtarzanych w kółko elementach, do tego na poziomie czwartej klasy OSB. Właściwie wszystkie choreografie zbiorowe opierały się na sissones i grand battements. Tańce wykonywane na balu świątecznym przez "dzieci" przypominały gimnastykę w przedszkolu ("a teraz wszyscy podnosimy prawą nogę i lewą rękę jak najwyżej!", i tak przez pięć minut). W czasie pas de deux Klary i Księcia tancerze pięć razy wykonali to samo podnoszenie, na biodro. Podnoszenie nad głowę było jedno. W codzie zabrakło rybki. Duże skoki wykonane w spektaklu mogę policzyć na placach jednej ręki. Ech...
W opowieści były straszne dłużyzny, a historia opowiedziana została kompletnie bez ładu i składu. Moja znajoma powiedziała, że gdybyśmy nie przypominały sobie libretta przed spektaklem, nie wiedziałaby na przykład, że Klara trafiła do krainy śniegu po zabiciu króla myszy przez Księcia, bo to w ogóle nie wynikało z tego, co działo się na scenie! W praktyce wyglądało to tak: Klara leży na podłodze, wchodzą myszy, wchodzą żołnierze, wychodzą myszy, wychodzą żołnierze, Klara nadal leży, ale zmienia się dekoracja z tyłu i nagle dziewczę budzi się w krainie śniegu. Halo, skrót myślowy?
Taniec zespołu Moscow City Ballet to techniczny koszmar. Zgięte kolana przy developes i entrelasses. Niedokręcone pozycje przy echappes. Notoryczne spadanie z pionu przy piruetach. Połamane ręce w trzeciej pozycji, co najbardziej rażące - u solistki tańczącej partię Wieszczki Cukrowej. Rozumiem, że to nie jest zespół z najwyższej półki, ale chodzi tu o braki absolutnie elementarne.
Klara poziomem swojej aktorskiej interpretacji przywodziła mi na myśl Kasię Cichopek. Sytuację ratował dobry technicznie solista w roi Księcia (jako jedyny bardzo dobrze muzycznie zatańczył swoje wariacje) i dobry żeński zespół, który wyjątkowo ładnie zatańczył walc kwiatów. To trochę mało, jak na zespół, co do którego "nie myli się trzydzieści tysięcy widzów".
Zaznaczając, że bilety kosztowały od 110 do 150 zł ze spokojnym sumieniem napiszę, że są to zbyt duże pieniądze jak na poziom prezentowany przez MCB.