Najlepsze książki o tańcu i tancerzach

Balet "od kuchni". Style i "szkoły" (np. rosyjska, francuska, włoska, duńska itp.), choreografia, pantomima, poszczególne balety, muzyka baletowa; historia baletu; zagadki;
Ali
Posty: 845
Rejestracja: sob sty 14, 2012 2:59 pm

Post autor: Ali »

[quote51="Kasia G"]...Oczywiście, dziele przez połowe wszystko co ona pisze, ale tez przyjmuje do wiadomości że NIE MOGŁA - zarówno ze względu na wychowanie, szacunek dla rodziny carskiej jak i konwenanse pisac o byciu "kochanką" tego czy tamtego wielkiego księcia - taka epoka, taka autorka. Mnie to nie przeszkadza, taka konwencja. A Krzesińska jest własnie w tych swoich wspomnieniach taka urocza jak jakis lekko przestarzały ale wdzięczny balet typu "Przebudzenie Flory")[/quote51]
Widzę Kasiu, że masz jednak dystans do tej literatury – ja nabyłem go już po pierwszych stronach jej wspomnień. Myślę, że Krzesińska :? MOGŁA sobie pozwolić na szczerość w 1960 roku. Fakt, miała już wtedy po osiemdziesiątce, więc mentalnie należała do innej epoki. Do tego żyła w zamkniętym światku rosyjskiej emigracji i nie rozumiała współczesnego świata. Pewnie też nie wszystko dokładnie pamiętała i odruchowo koloryzowała swoje wybiórcze wspominki z młodości. Ale przecież wychowanie domowe nigdy wcześniej nie przeszkadzało jej w życiowych poczynaniach (już ojciec Feliks próbował kryć jej skandalizujący styl życia w listach do rodziny w Polsce). Jej romanse w niczym też nie ujmowały rodzinie Romanowów, która na różnych etapach historii romansowała na potęgę (często z tancerkami) i tych miłostek raczej nie ukrywała przed opinią publiczną. A konwenanse? One też były zupełnie inne kiedy pisała swoje pamiętniki, już zresztą jako wdowa, po śmierci swego męża ks. Andrieja. Słusznie zauważyłaś Kasiu, ona wybrała po prostu „taką konwencję” – sztuczną i śmieszną już w drugiej połowie XX wieku. A na dodatek ten jej żenujący samozachwyt na każdym kroku. I te banalne wtręty o naprawdę wielkich współczesnych: Czajkowskim, Niżyńskim czy Fokinie, bez wnikania w istotę ich talentów, wrzucane z pozycji osoby zadufanej i całkowicie pozbawionej dystansu do samej siebie... A tak na marginesie, to ze wspomnień „uroczych” :wink: zdecydowanie wolę przywołane przez Ciebie „Przebudzenia Flory” – zwłaszcza w niezapomnianej, pastiszowej, kubańskiej reinterpretacji Alberto Mendeza.
ODPOWIEDZ