Jedyne dostępne w internecie nagranie z tego spektaklu przeraziło mnie. Kobieta o kształtach raczej rubensowskich niźli współcześnie mieszczących się w kanonach piękna, upaćkana gliną w wielkim kole garncarskim. Jasna cholera, pomyślałam, zapłaciłam takie pieniądze (40 funtów) za bilet na to?! Ale nie, to Eva, nie mogę się zawieść i...nie zawiodłam.
Ten spektakl to wspomnienia, przekazane głównie przez babcię. Wojna domowa, egzekucja. Pusty warsztat garncarski. Trupa cyrkowa/teatralna. Życie malej grupy społecznej, rodziny może, w trudnych i nie aż tak bardzo odległych czasach. Dramaty, smutki, radości.
Jeden akt, ledwo godzina i maksimum poruszających treści. A przede wszystkim taniec.
Eva Yerbabuena jest niezaprzeczalnie wielką artystką flamenco w jego najczystszej formie. Określenie [i88]reina de la soleá[/i88], nie pozostawia wątpliwości jak ważne miejsce zajmuje w świecie flamenco. Nie odcina jednak kuponów od swoich sukcesów. Jest artystką poszukującą. I odważną. W spektaklu "Cuando yo era" uwidaczniają się wpływy Piny Baush. Zresztą wydaje się, że Eva coraz więcej czerpie z tańca współczesnego, a łączenie tego ze stylistyką flamenco, w mojej opinii, wychodzi jej bardzo naturalnie. Naturalność to zresztą jeden z priorytetów Evy jakimi kieruje się w swoich kreacjach. Momentami miałam nieprzeparte wrażenie, że typowe dla flamenco ruchy głowy, ramion, nóg, stóp, dłoni i korpusu faktycznie zdają się być bardzo blisko naturze ludzkiej, może nawet bardziej niż jakikolwiek inny styl tańca - więc chyba założenie zadziałało
W zasadzie każda scena była dość jasna. Nie odbierało to jednak żadnej z nich ani dramatyzmu, ani melancholii, niekiedy niemal groteskowej.
Taniec Evy na wielkim kole garncarskim, poruszanym przez Pepe de Pura, śpiewającego a cappella przejmującą malagueña - czyli scena z internetu, która mnie zaniepokoiła - na żywo i w oparciu o kontekst sprawiła, że ..rozpłakałam się ze wzruszenia.
Fernando Jiménez genialny tancerz, w stylizowanej rumbie flamenco "Payaso" powalił chyba całą publiczność, każdy ruch był absolutnie perfekcyjny. Zarówno zapateado jak i ruchy naśladujące Chaplina (przy okazji - brawa za aranż muzyczny).
Kolejna scena w tablao a może po prostu rodzinna fiesta uświadamia, że flamenco to styl życia, że w oderwaniu od jego korzeni, lub chociaż prób poznania i zrozumienia jego istoty, pozostaje nam pozbawiony emocji i jakiegokolwiek znaczenia szkolny styl (kilka razy w czasie spektaklu zastanawiałam się mocno nad porzuceniem flamenco, choćby na rzecz tradycyjnych tańców polskich, bo mi do nich jednak bliżej)[/size88]. Tak, ta scena to flamenco w cudnym, czystym wydaniu. Puro e ideal!
A może to działo się w jednej z cafés cantantes? W okresie dekadencji odbywało się w nich dosłownie wszystko, łącznie z walkami kogutów. Nie zabrakło ich w spektaklu i choć podzieliło trochę publiczność (wszak to co zobaczyła z pewnością nie było żadnym stylem flamenco) jedno było pewne - nikt, nigdy i nigdzie jeszcze nie zatańczył tak ptaków. Charakterystyczne ciała tancerzy flamenco, takaż estetyka ruchu w pięknej współczesnej choreografii - wyrażę się prostacko, ale - tak - tego jeszcze nie było. To już nie był taniec - to poezja tańca! Niezwykłe, zjawiskowe i jednocześnie tak prawdziwe.
Eva nie pojawiała się często, ale za każdym razem jej taniec budził wielkie emocje, bo nad technikę, tancerka ta przedkłada ekspresję a trzeba pamiętać, że technicznie jest genialna. Można sobie wyobrazić: soleá, bulería, serrana, perfekcyjne zapateado... (choć niektórzy mogą być bardzo zawiedzeni - Eva tańczy jakby oszczędniej, bez zbędnej ornamentyki, wprowadza nowe, bardziej współczesne ruchy i pozy)[/size88] a do tego świadomość, że wszystkie choreografie spektaklu to jej dzieło, pozostaje tylko pochylić głowę. Niniejszym to czynię - brawo Eva!!