Byłyśmy na spektaklu wczoraj liczną ekipą forumowo-baletową

Na ostatnią premierę szłam nastawiona pozytywnie i wyszłam baaardzo zawiedziona, dlatego cieszę się, że tym razem było odwrotnie.
Moim zdaniem wszystko, co było nie tak w "4 and 4" jest dobre w "Eurazji". Nie ma koszmarnej scenografii, łopatologicznie przedstawionych prawd ani wydumanej symboliki typu te cholerne jednorożce. Spektakl jest bardzo prosty w formie, scenografię tworzy czarna scena i gra świateł i jednobarwne projekcje na horyzoncie - jak dla mnie to idealna oprawa dla tańca współczesnego. Nie ma właściwie jasno zarysowanej fabuły, ale nie uważam, żeby to szkodziło całości, bo pozwoliło choreografce bawić się różnymi formami i "zestawami tancerzy"

, bez konieczności zastanawiania się, dlaczego akurat te osoby tańczą w danym momencie. Szczerze mówiąc, wolę afabularność niż dopisywanie ideologii na siłę (jak czasami nam się wydawało, gdy oglądałyśmy "...z nieba").
Widowisko podzielone jest na dwie części - pierwszy akt to Europa, drugi to Azja. Różnice między nimi podkreślają na pierwszy rzut oka różnice w muzyce i w kostiumach. Europa to głównie genialna muzyka Nigela Kennedy'ego z zespołem Kroke z płyty "East meets east" (kto nie zna, bardzo dużo traci

), czyli bałkańsko-słowiańsko-żydowskie motywy, oraz współczesne ciuchy tancerzy (to jedna z niewielu rzeczy, za którą przyznałabym Eurazji duży minus: kostiumy "europejskie" wyglądają koszmarnie przypadkowo - poza żółtą sukienką Franciszki). Natomiast Azja to tybetańskie śpiewy, chłopcy w hakamach i dziewczyny z japońskimi wachlarzami.
Przy okazji dyskusji na temat poprzednich spektakli Izadory Weiss dużo pisałyśmy o tym, jak wiele jest w jej choreografii powtórzeń, jak często mamy wrażenie, że spektakle nie różnią się zbytnio od siebie. Tym razem tak bardzo mi to nie przeszkadzało. Było więcej tańca, więcej płynnego ruchu niż np. w "4 and 4", gdzie było dużo popisów fizycznych (i kto tu coś mówił o sztuczkach cyrkowych w klasyce? :694:). W "Eurazji" w choreografii często pojawia się gra gestem, np. drobne różnice w pozach rąk, które są w mojej opinii o wiele ciekawsze, niż pompki z klaśnięciem

.
Całość choreografii idealnie wypełniała muzykę i bardzo dobrze oddawała jej charakter.
Żeby się zbytnio nie rozpisywać napiszę po prostu, że spektakl jest ładny. Kolejne "sceny" są przejrzyste i czytelne, delikatne i w jakimś sensie zmysłowe, może ze względu na "interaktywność"

. Mam tu na myśli np. Maćka Cierzniaka grającego na tykwie, łopot otwieranych wachlarzy (genialny efekt, moim zdaniem) i pył strzepywany przez chłopców z ich ramion. Myślę, że dzięki temu widz miał wrażenie, że uczestniczy w czymś żywym, trwającym i tworzonym w tym momencie, a nie w oglądaniu wypreparowanego efektu.
Tylko ten wielki biały gołąb był całkowicie zbędny!
Po raz kolejny - wielkie brawa dla ZESPOłU!! Dawno nie widziałyśmy ich tak pełnych energii . No i było równo
