"I przejdą deszcze" okiem laika
: sob sty 26, 2013 8:19 am
Moi drodzy. Wybaczcie, że wracam do tematu deszczowego. Wiem, że to już sprawa dość stara. Niemniej właśnie trzy godziny temu zakończyłem trwającą niemal dobę podróż (cudowną podróż, wspaniałą podróż, uwielbiam takie!), której jedynym celem była lektura tego właśnie spektaklu. Chęć podzielenia się moimi spostrzeżeniami jest o tyle duża, że z gmachu Teatru Wielkiego wyszedłem z bardzo mieszanymi uczuciami.
Nim jednak, bardzo Was proszę, nie czytajcie tego jak recenzji, jak notki wystawionej przez specjalistę. Na dobrą sprawę to pierwszy współczesny balet, który obejrzałem. Potraktujcie to jak doświadczenia żółtodzioba. Być może będzie w tym coś konstruktywnego. Nie wykluczam jednak, że gadam jak potłuczony. Jeśli to drugie, z góry przepraszam za zamieszanie.
Nim nazwisko Pastora, nim tancerze, nim idea i inne rzeczy, na „Deszcze” gnała mnie muzyka. Tę znam już i niesamowicie lubię od dawna. „Kleines requiem” i „Quasi una fantasia” to jest mój, by tak rzec, kanon. Absolutna czołówka osobista. Nota bene, wczorajszy spektakl był dla mnie pierwszą okazją do odsłuchania tych utworów na żywo. I, skoro już o tym mowa, muzyka i jej wykonanie jest wielkim atutem tego spektaklu. II kwartet w wersji na orkiestrę był dla mnie doświadczeniem nowym ale ciekawym. To pozytywne zaskoczenie.
Niestety jeśli idzie o warstwę baletową, mam spore wątpliwości. I nie chodzi tu o tancerzy bo ci są naprawdę świetni. Mistrzostwo idzie wyczuć na każdym kroku, nawet dla laika. Wprawdzie Maksim nie fascynuje mnie aż tak, jak niektóre z Was, drogie użytkowniczki, niemniej w jego tańcu jest coś tak świeżego i soczystego, że nie sposób tego nie zauważyć. Problem pojawia się na gruncie samej idei. Jak być może już się tu przyznawałem, na balet natrafiłem nie przez fascynację tańcem, ale przez zainteresowanie teatrem, które przez operę doprowadziło mnie to podzielenia Waszej pasji. W balecie rajcuje mnie totalność. Ułożenie czegoś tak „delikatnego formalnie” w jedną, organiczną całość. Niestety w przedstawieniu Pastora (którego niemniej podziwiam i szanuję!) tego mi zabrakło. Zdaję sobie sprawę, że chcąc stworzyć balet „dla Polaków” był pod pewną wewnętrzną presją. Nie wiem jednak, czy to, na co się zdecydował nie jest kompromisem. Wiecie co? Kiedy oglądam balet klasyczny, powiedzmy „Bajaderę” (dobry przykład, bo i na tym byłem w PBN), ową jedność czuję na gruncie muzyki, a przede wszystkim na gruncie jedności fabuły. Ta fabuła jest czasami rzekomo banalna, ktoś rzekłby, naiwna. Niemniej towarzyszy mi przeczucie, że od pierwszego taktu orkiestry do ostatecznych braw oglądam coś, co zostało pomyślane en block. Dla mnie to niesamowicie ważne. Z tej samej przyczyny pewną radość sprawia mi czytanie tomików wierszy, swoistych jednostek, bardziej, aniżeli antologii. „Deszcze” i ich jedność da się być może obronić. Mój, słaby jeszcze i nieostry, baletowy wzrok tego wyłapać nie zdołał. Były tam sceny poruszające, piękne. Co ciekawe, były to swoiste pas de deux (choćby taniec Aleksandry Liashenko i Pawła Koncewoja, ach!). To były jednak rzeczy pojedyncze, wyrwane z kontekstu (którego nie znalazłem). Problemem były sceny zbiorowe. Myślą, która ciągle przewiewa mi przez głowę jest, czy tematyczność baletu można podnieść aż tak, żeby rzeczywiście zrobić spektakl, który będzie jakąś ilustracją do powstania Warszawskiego, do mówienia o jakichś Polakach, o jakichś nas, o tym co przed, co po itd. Wybaczcie, próby uchwycenia choreografią zjawisk społecznych nie trafiły do mnie zupełnie. Były, może to dziwnie zabrzmi, zbyt taneczne. Odebrałem to tylko jako suche układy, którym próbowano nadać pewne znaczenie w sposób nieco zbyt banalny. Przypomniały mi się czasy działalności w teatrze młodzieżowym. „My jesteśmy ubrani na biało, Wy na czarno, my jesteśmy dobrzy, Wy źli. Albo odwrotnie. Mniejsza o to. Zrobimy grę, a widz na pewno będzie chciał w nią zagrać”.
Czy jednak takie myślenie nie uderza w istotę baletu? Czytając to forum spostrzegam w jak drobnych szczegółach utkwiony jest „diabeł” tej dziedziny życia. W tańcu Waszych ulubieńców potrafią Was zachwycić takie drobiazgi, że chyba właśnie na nich warto opierać choreografię. Dramatyczne wydarzenia, które przez na poły urywane, minimalne ruchy tworzą pary tancerzy są tym, co mnie przejmuje. Tkliwości i subtelności, niczego więcej, kurczowo trzymam się w balecie.
Kiedy wczoraj wieczorem wyszedłem ze wspaniałego gmachu przy Placu Teatralnym, przeszła mi przez szaloną głowę dziwna myśl. Czyż balet ze swojej natury nie jest kameralny? Jego istotą nie są, może tylko dla mnie, wykonywane z wielką pompą zbiorowe sceny, ale delikatność najdrobniejszych ruchów, bez której, jak sądzę, nie ma mowy o tańcu klasycznym.
Na koniec takie spostrzeżenie: scena „bitewna” rozśmieszyła mnie. Walka jest w dużej mierze chaosem, kakofonią niezsynchronizowanych uderzeń. Na scenie, gdy jest to ujęte w choreograficzne ramy, wygląda to całkiem inaczej. Z zasady musi to być rytmiczne, wygładzone. Bynajmniej nie przypomina to walki. To wygląda po prostu jak taniec towarzyski. Takie było moje skojarzenie.
Mam nadzieję, że nikogo nie obraziłem.
Nim jednak, bardzo Was proszę, nie czytajcie tego jak recenzji, jak notki wystawionej przez specjalistę. Na dobrą sprawę to pierwszy współczesny balet, który obejrzałem. Potraktujcie to jak doświadczenia żółtodzioba. Być może będzie w tym coś konstruktywnego. Nie wykluczam jednak, że gadam jak potłuczony. Jeśli to drugie, z góry przepraszam za zamieszanie.
Nim nazwisko Pastora, nim tancerze, nim idea i inne rzeczy, na „Deszcze” gnała mnie muzyka. Tę znam już i niesamowicie lubię od dawna. „Kleines requiem” i „Quasi una fantasia” to jest mój, by tak rzec, kanon. Absolutna czołówka osobista. Nota bene, wczorajszy spektakl był dla mnie pierwszą okazją do odsłuchania tych utworów na żywo. I, skoro już o tym mowa, muzyka i jej wykonanie jest wielkim atutem tego spektaklu. II kwartet w wersji na orkiestrę był dla mnie doświadczeniem nowym ale ciekawym. To pozytywne zaskoczenie.
Niestety jeśli idzie o warstwę baletową, mam spore wątpliwości. I nie chodzi tu o tancerzy bo ci są naprawdę świetni. Mistrzostwo idzie wyczuć na każdym kroku, nawet dla laika. Wprawdzie Maksim nie fascynuje mnie aż tak, jak niektóre z Was, drogie użytkowniczki, niemniej w jego tańcu jest coś tak świeżego i soczystego, że nie sposób tego nie zauważyć. Problem pojawia się na gruncie samej idei. Jak być może już się tu przyznawałem, na balet natrafiłem nie przez fascynację tańcem, ale przez zainteresowanie teatrem, które przez operę doprowadziło mnie to podzielenia Waszej pasji. W balecie rajcuje mnie totalność. Ułożenie czegoś tak „delikatnego formalnie” w jedną, organiczną całość. Niestety w przedstawieniu Pastora (którego niemniej podziwiam i szanuję!) tego mi zabrakło. Zdaję sobie sprawę, że chcąc stworzyć balet „dla Polaków” był pod pewną wewnętrzną presją. Nie wiem jednak, czy to, na co się zdecydował nie jest kompromisem. Wiecie co? Kiedy oglądam balet klasyczny, powiedzmy „Bajaderę” (dobry przykład, bo i na tym byłem w PBN), ową jedność czuję na gruncie muzyki, a przede wszystkim na gruncie jedności fabuły. Ta fabuła jest czasami rzekomo banalna, ktoś rzekłby, naiwna. Niemniej towarzyszy mi przeczucie, że od pierwszego taktu orkiestry do ostatecznych braw oglądam coś, co zostało pomyślane en block. Dla mnie to niesamowicie ważne. Z tej samej przyczyny pewną radość sprawia mi czytanie tomików wierszy, swoistych jednostek, bardziej, aniżeli antologii. „Deszcze” i ich jedność da się być może obronić. Mój, słaby jeszcze i nieostry, baletowy wzrok tego wyłapać nie zdołał. Były tam sceny poruszające, piękne. Co ciekawe, były to swoiste pas de deux (choćby taniec Aleksandry Liashenko i Pawła Koncewoja, ach!). To były jednak rzeczy pojedyncze, wyrwane z kontekstu (którego nie znalazłem). Problemem były sceny zbiorowe. Myślą, która ciągle przewiewa mi przez głowę jest, czy tematyczność baletu można podnieść aż tak, żeby rzeczywiście zrobić spektakl, który będzie jakąś ilustracją do powstania Warszawskiego, do mówienia o jakichś Polakach, o jakichś nas, o tym co przed, co po itd. Wybaczcie, próby uchwycenia choreografią zjawisk społecznych nie trafiły do mnie zupełnie. Były, może to dziwnie zabrzmi, zbyt taneczne. Odebrałem to tylko jako suche układy, którym próbowano nadać pewne znaczenie w sposób nieco zbyt banalny. Przypomniały mi się czasy działalności w teatrze młodzieżowym. „My jesteśmy ubrani na biało, Wy na czarno, my jesteśmy dobrzy, Wy źli. Albo odwrotnie. Mniejsza o to. Zrobimy grę, a widz na pewno będzie chciał w nią zagrać”.
Czy jednak takie myślenie nie uderza w istotę baletu? Czytając to forum spostrzegam w jak drobnych szczegółach utkwiony jest „diabeł” tej dziedziny życia. W tańcu Waszych ulubieńców potrafią Was zachwycić takie drobiazgi, że chyba właśnie na nich warto opierać choreografię. Dramatyczne wydarzenia, które przez na poły urywane, minimalne ruchy tworzą pary tancerzy są tym, co mnie przejmuje. Tkliwości i subtelności, niczego więcej, kurczowo trzymam się w balecie.
Kiedy wczoraj wieczorem wyszedłem ze wspaniałego gmachu przy Placu Teatralnym, przeszła mi przez szaloną głowę dziwna myśl. Czyż balet ze swojej natury nie jest kameralny? Jego istotą nie są, może tylko dla mnie, wykonywane z wielką pompą zbiorowe sceny, ale delikatność najdrobniejszych ruchów, bez której, jak sądzę, nie ma mowy o tańcu klasycznym.
Na koniec takie spostrzeżenie: scena „bitewna” rozśmieszyła mnie. Walka jest w dużej mierze chaosem, kakofonią niezsynchronizowanych uderzeń. Na scenie, gdy jest to ujęte w choreograficzne ramy, wygląda to całkiem inaczej. Z zasady musi to być rytmiczne, wygładzone. Bynajmniej nie przypomina to walki. To wygląda po prostu jak taniec towarzyski. Takie było moje skojarzenie.
Mam nadzieję, że nikogo nie obraziłem.