Matylda Krzesińska
Właśnie skończyłam czytać wspomnienia Krzesińskiej i mam takie wrażenie, jak Kasia G - że Krzesińska była raczej płytka i mało refleksyjna, i jeszcze bym dodała, że dość próżna ;). Nie wiem ile razy pojawiło się zdanie, że zatańczyła w jakimś balecie, miała solówkę, w której świetnie wypadała, odniosła wielki sukces i wszyscy ją chwalili ;). Ogólnie mam wrażenie, że pisała tam głównie o swoich sukcesach, prezentach i biżuterii, jakie dostawała, o tym, że miała wiele znajomości itp. Zanim dotarłam do wspomnień z okresu rewolucji, byłam już tak tą autobiografią znudzona, że zapamiętałam jedynie, że przeżywała, że żołnierze zniszczyli jej śliczne meble i ubrania, jej pies się zatruł i zdechł oraz że hotele, w których nocowała uciekając z Petersburga, a później z kraju były mało eleganckie i brudne ;). W porównaniu z dwiema innymi autobiografiami które czytałam - Margot Fonteyn i Plisieckiej - ta wypada raczej nieciekawie.
Też mnie trochę rozbawiło, gdy pisała, o swoim zrozumieniu idei Fokina, po czym stwierdziła:
"Zawsze popierałam Fokina, aczkolwiek uważałam, że w jego baletach brakuje solówek, które mogłyby zachwycić publiczność i wywołać owacje" - z tego co Ewa J. jakiś czas temu pisała, to trochę się to gryzie z poglądami Fokina ;).
Też mnie trochę rozbawiło, gdy pisała, o swoim zrozumieniu idei Fokina, po czym stwierdziła:
"Zawsze popierałam Fokina, aczkolwiek uważałam, że w jego baletach brakuje solówek, które mogłyby zachwycić publiczność i wywołać owacje" - z tego co Ewa J. jakiś czas temu pisała, to trochę się to gryzie z poglądami Fokina ;).
-
Sagittaire
- Posty: 2810
- Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am
Wracając do pytania Chriazantany z pierwszego postu w niniejszym temacie - ja oglądałam właśnie Gwiazdę imperium, a właściwie pierwszy odcinek i kilka sekund drugiego. Zobaczenie reszty spotkało się z kłopotami technicznymi ale może to i dobrze, bo straszny film: nudny, Matylda z niego ma jedno marzenie - romans z Mikołajem, nie ma nic sensownego o tańcu, a sceny ze spektakli są wręcz śmiesznie zmontowane. Generalnie, gdybym nie miała problemów z obejrzeniem kolejnych odcinków, to i tak chyba bym z tego zrezygnowała....
-
Chiaranzana
- Posty: 349
- Rejestracja: czw maja 28, 2009 11:41 am
-
Sagittaire
- Posty: 2810
- Rejestracja: pt cze 01, 2007 6:38 am
Drogie Panie, odgrzewam temat „primabaleriny assoluta”, bo nikt tu nie wspomniał nawet o jedynej warszawskiej nosicielce tego zaszczytnego tytułu, zjawiskowej Helenie Cholewickiej. Otrzymała ten wyjątkowy tytuł 29 stycznia 1872 roku, czyli ponad 20 lat wcześniej niż pojawił się on oficjalnie w stolicy Imperium Rosyjskiego (z Polską w tymże wówczas). W kilka dni później „Kurier Warszawski” poinformował: „Panna Helena Cholewicka z decyzji JW. Namiestnika Królestwa otrzymała w tych dniach nominację na pierwszą tancerkę solową (prima ballerina assoluta) teatrów warszawskich”. Została więc Cholewicka „assolutą” jeszcze przed Pieriną Legnani i Matyldą Krzesińską. Że na to zasługiwała, świadczą nie tylko zachwyty prasowe jej tańcem, ale nawet jej zdjęcia. Porównajcie idealne proporcje tej dziewczyny z ówczesnymi europejskimi balerinami, także z wymienionymi wyżej. Kiedy na nią patrzę, myślę sobie, że Helena Cholewicka była tancerką – wręcz – na miarę naszych czasów. Niestety w 35 roku życia zabiła ją gruźlica.
http://imageshack.us/photo/my-images/850/cholewicka.jpg/
A wracając do określenia „primabalerina assoluta”, to z mojej wiedzy wynika, że wymyślili je i rozwlekli je po Europie włoscy baletmistrzowie romantyczni. Być może nawet mawiał tak już o swojej córce Marii wielki Filippo Taglioni? Primabalerin lokalnych było wiele (także w Warszawie), ale chodziło o jakiś sposób na wyróżnienie tych „bezdyskusyjnie” najlepszych, wzbudzających międzynarodowe uwielbienie, „niekwestionowanych” zjawisk baletowych, słowem primabalerin „absolutnych”. Przez długie lata takie nazewnictwo nie miało jednak oficjalnego charakteru, bo ten nadano mu dopiero w Cesarstwie Rosyjskim, gdzie w taką tytułomanię zaangażował się sam dwór carski, szczególnie ceniący sztukę baletową. Za sprawą Mariusa Petipy jako pierwsza otrzymała taki tytuł w Sankt Petersburgu włoska gwiazda Pierina Legnani (1894), a krótko po niej, dzięki wstawiennictwu nowego cara Mikołaja II – nasza Matylda Krzesińska (1895) - jako jedyna zresztą rosyjska primabalerina. Wygląda więc na to, że namiestnik Królestwa Polskiego, feldmarszałek Fiodor Berg wyprzedził i Petipę, i samego cara swoją nominacją dla Heleny Cholewickiej w 1872 roku.
Kasia G. ma więc po części rację pisząc, że „to po prostu honor, wyraz szczególnego uwielbienia, a nie tytuł istniejący w tabeli rang”. Ale był to jednak tytuł „związany z pozycją w zespole i większymi apanażami”. „Primabalerina assoluta” w rosyjskim teatrze rządowym miała zagwarantowane prawo wyboru i pierwszeństwa wykonania wszystkich głównych ról, ale też wyższe „apanaże”. Np. czołowe warszawskie solistki baletu na przełomie XIX/XX wieku zarabiały rocznie maksimum 1000-1500 rubli, a Helena Cholewicka otrzymywała gażę roczną 2000 rubli + 25 rubli tzw. fou za każdy występ. Była to znacząca różnica.
Nie miały takiego tytułu ani Pawłowa, ani Karsawina, były bez szans skoro na scenie petersburskiej tańczyła wciąż Matylda Krzesińska, autentyczna młodzieńcza miłość cara Mikołaja II. Także rozmaite późniejsze primabaleriny: Ułanowa, Dudinska, Plisiecka, Alonso, Markova, Fonteyn, Evdokimova, Alhanko, Ferri, itd. zwano niekiedy, ale jedynie uznaniowo „assolutami”. Nigdy nie otrzymały one już takich tytułów oficjalnie - od cesarzy (lub ich namiestników), królów, prezydentów czy premierów, choć też miewały swych wpływowych protektorów, ale to już inna sprawa.
http://imageshack.us/photo/my-images/850/cholewicka.jpg/
A wracając do określenia „primabalerina assoluta”, to z mojej wiedzy wynika, że wymyślili je i rozwlekli je po Europie włoscy baletmistrzowie romantyczni. Być może nawet mawiał tak już o swojej córce Marii wielki Filippo Taglioni? Primabalerin lokalnych było wiele (także w Warszawie), ale chodziło o jakiś sposób na wyróżnienie tych „bezdyskusyjnie” najlepszych, wzbudzających międzynarodowe uwielbienie, „niekwestionowanych” zjawisk baletowych, słowem primabalerin „absolutnych”. Przez długie lata takie nazewnictwo nie miało jednak oficjalnego charakteru, bo ten nadano mu dopiero w Cesarstwie Rosyjskim, gdzie w taką tytułomanię zaangażował się sam dwór carski, szczególnie ceniący sztukę baletową. Za sprawą Mariusa Petipy jako pierwsza otrzymała taki tytuł w Sankt Petersburgu włoska gwiazda Pierina Legnani (1894), a krótko po niej, dzięki wstawiennictwu nowego cara Mikołaja II – nasza Matylda Krzesińska (1895) - jako jedyna zresztą rosyjska primabalerina. Wygląda więc na to, że namiestnik Królestwa Polskiego, feldmarszałek Fiodor Berg wyprzedził i Petipę, i samego cara swoją nominacją dla Heleny Cholewickiej w 1872 roku.
Kasia G. ma więc po części rację pisząc, że „to po prostu honor, wyraz szczególnego uwielbienia, a nie tytuł istniejący w tabeli rang”. Ale był to jednak tytuł „związany z pozycją w zespole i większymi apanażami”. „Primabalerina assoluta” w rosyjskim teatrze rządowym miała zagwarantowane prawo wyboru i pierwszeństwa wykonania wszystkich głównych ról, ale też wyższe „apanaże”. Np. czołowe warszawskie solistki baletu na przełomie XIX/XX wieku zarabiały rocznie maksimum 1000-1500 rubli, a Helena Cholewicka otrzymywała gażę roczną 2000 rubli + 25 rubli tzw. fou za każdy występ. Była to znacząca różnica.
Nie miały takiego tytułu ani Pawłowa, ani Karsawina, były bez szans skoro na scenie petersburskiej tańczyła wciąż Matylda Krzesińska, autentyczna młodzieńcza miłość cara Mikołaja II. Także rozmaite późniejsze primabaleriny: Ułanowa, Dudinska, Plisiecka, Alonso, Markova, Fonteyn, Evdokimova, Alhanko, Ferri, itd. zwano niekiedy, ale jedynie uznaniowo „assolutami”. Nigdy nie otrzymały one już takich tytułów oficjalnie - od cesarzy (lub ich namiestników), królów, prezydentów czy premierów, choć też miewały swych wpływowych protektorów, ale to już inna sprawa.
a wszystko to wcześniej zaczęło się w operze (a jeszcze wcześniej w teatrze komedii del arte), gdzie każdy zespół miał swoją primadonnę, faktycznie często rządzącą zespołem wraz z dyrektorem (dyrygentem, kapelmistrzem czy kim on tam wtedy był). Była to po prostu najlepsza lub faworyzowana spiewaczka której "z urzedu" nalezały się role "pierwszej amantki" - głównej postaci żeńskiej w każdej sztuce danego gatunku, jaka zespół wystawiał.
Był tez tytuł primo uomo - czyli pierwszy "pan śpiewak" - najczęściej tenor - na tej samej zasadzie główny amant. Wczesniej ( w baroku, zwłaszcza włoskim) primo uomo był główny kastrat zespołu - bo to oni spiewali główne partie bohaterskie w operach tego czasu. No ale to juz rozważania pozabaletowe
)
Był tez tytuł primo uomo - czyli pierwszy "pan śpiewak" - najczęściej tenor - na tej samej zasadzie główny amant. Wczesniej ( w baroku, zwłaszcza włoskim) primo uomo był główny kastrat zespołu - bo to oni spiewali główne partie bohaterskie w operach tego czasu. No ale to juz rozważania pozabaletowe
wprawdzie ubawiły mnie sformowania "to ją wybrał na żonę" - o carze Mikołaju i księżniczce heskiej (jakby mógł wybrać Krzesińską) oraz że partnerowała Nizyńskiemu - po pierwsze to mężczyzna partneruje, po drugie wówczas to Krzesińska była gwiazdą a Niżyński młodym chic juz podziwianym na zachodzie tancerzem.... ale tak czy inaczej tekst cenny i na czasie - jak zwykle jutro wybieram się na grób Feliksa Krzesińskiego i jego ojca Jana na Powązkach....
PS. Balet "Daremna przezorność" to rosyjski tytuł "Córki źle strzeżonej"
PS. Balet "Daremna przezorność" to rosyjski tytuł "Córki źle strzeżonej"
[quotea5="Kasia G"]... Niżyński (był) młodym chic...[/quotea5]
Kim był Niżyński młodym...? Mikołaj mógł pewnie "wybrać", gdyby chciał, nie był bezwolnym młodzieńcem i wstrzymał się chwilę - przecież wkrótce miał zostać carem! Jeśli oczywiście myślałby o czymś takim poważnie, choć nic na to nie wskazuje poza urojeniami Matyldy K. A kobieta też partneruje, Kasiu - nie da się ukryć,
zależy z czyjego się na to patrzy punktu widzenia. Tekścik zaś zupełnie sympatyczny, czytadło dla niezorientowanych, w sumie pożyteczny.
Kim był Niżyński młodym...? Mikołaj mógł pewnie "wybrać", gdyby chciał, nie był bezwolnym młodzieńcem i wstrzymał się chwilę - przecież wkrótce miał zostać carem! Jeśli oczywiście myślałby o czymś takim poważnie, choć nic na to nie wskazuje poza urojeniami Matyldy K. A kobieta też partneruje, Kasiu - nie da się ukryć,