A właśnie, już obejrzałam i miałam pisać, ale ciągle zapominałam.
Vishneva jest świetna jako Giselle, taka bardzo świeża, naturalna (w ogóle Vishneva zawsze mnie uderza swoją naturalnością, dla mnie to jest tak, jakby po prostu wchodziła na scenę i przestawała być sobą, a stawała się postacią, którą ma na scenie kreować; chyba tylko jeszcze jedna tancerka robi na mnie aż takie wrażenie pod tym względem). Scena obłędu poruszająca - niby nic się nie dzieje, a jednak dzieje się wiele... Najbardziej zapamiętałam dwa momenty - gdy Batylda mówi Giselle, że jest zaręczona z księciem, ta podbiega do Alberta z nadzieją, że zaraz on wyjaśni, że jest inaczej, ale widząc jego brak reakcji, jego nieruchome spojrzenie, na twarzy jej pojawia się wyraz kompletnego zagubienia i niedowierzania. Drugi moment to ten, o którym wspomniałaś w swojej recenzji - wróżenie z kwiatka zakończone takim gestem, jakby Giselle chciała powiedzieć "Ale to już nieistotne, to nie miało znaczenia...". Ogólnie cała scena odegrana jest bardzo sugestywnie, tak, jakby Giselle naprawdę odgrywała ją dla siebie, jakby wyrzucała z siebie wspomnienia w ten sposób.
W drugim akcie (też dzięki Twojej recenzji) zwróciłam uwagę na sukienkę Giselle i Twoja interpretacja tego bardzo mi się spodobała - tak jakby wciąż przeżywała ziemską tragedię.
Co do Malakhova to tak, jak wspomniałam wcześniej - do tej pory małą uwagę zwracałam na Albrechta, nigdy też nie zastanawiałam się, czy tylko uwiódł, czy naprawdę się zakochał - w sumie w wersjach które widziałam (mam na myśli z Ferri i Bessmertenovą; Fracci dobrze nie pamiętam) tancerki wydawały mi się wyrazistsze niż tancerze, dlatego też może dobrze Albrechtów nie zapamiętałam. Tu zaś obie role są równorzędne, tak samo wyraziste. Dla mnie po Albrechcie Malakhova widać było, że naprawdę zakochał się w Giselle, był nią oczarowany, troszczył się o nią, ale miał też świadomość, że źle robi, że nie powinien, co obłęd Giselle w pełni mu uświadomił.
Nie potrafię wszystkiego tak ładnie zanalizować jak Ty w recenzji, powtórzę tylko to, co pisałam wcześniej - że całe przedstawienie było dla mnie bardzo wyraziste, bardzo sugestywne, np. fragment drugiego aktu, gdy Mirta zmusza Albrechta, by ten tańczył do utraty sił, to po prostu to czułam.
A jeszcze co do Malakhova, tak w niewielkim związku z tematem - jak to się dzieje, że Malakhov jest brzydki, a jednocześnie tak piękny?
