Jak wynika z poprzednich postów, na premierę "4 and 4" szłam z pozytywnym nastawieniem i z zainteresowaniem. Podobnie jak M., dobrze wspominam spektakl "...z nieba" i podobały mi się zmiany wprowadzone do spektaklu przez Izadorę Weiss.
Niestety, "4 and 4" rozczarowało mnie i nie przekonało. Z ośmiu prezentowanych etiud przekonała mnie dosłownie jedna, pierwsza, "Wiosna". Potem coraz częściej patrzyłam na siedzącą obok M. z niedowierzaniem.
Znalazłam kilka dobrych stron spektaklu. Pierwsza to oczywiście tancerze, szczególnie ci odtwarzający główne role w kolejnych etiudach. Fantastycznie było przekonać się o wszechstronności "dawnego" zespołu POB (np. o tym, że dobrzy klasyczni tancerze, jak Ania Kipshidze czy Michał Wylot potrafią tak sugestywnie interpretować współczesną choreografię) i przyjrzeć się jego nowej części. Podobał mi się Michał Łabuś, którego widziałam na scenie po raz pierwszy i który ma niesamowicie plastyczne ciało i jest bardzo muzykalny. Najbardziej przykuła moją uwagę jednak Franciszka Kierc (tym razem wymieniam z imienia i nazwiska

) : niezwykłe połączenie talentu, rzemiosła, urody i wrażliwości. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze zdolności aktorskie.
Drugą dobrą stroną jest znakomita muzyka. Już jakiś czas temu stwierdziłam, że mam zbliżony gust muzyczny do Izadory Weiss, gdyż zawsze albo już wcześniej uwielbiałam muzykę, którą p. Weiss wybiera do spektakli, albo zachwycam się nią po obejrzeniu spektaklu. Tym razem było podobnie. Bardzo lubię głos Lisy Gerrard i new age'owe klimaty Kitaro. Etniczne brzmienia tych wykonawców połączone z klasyką klasyki ("Cztery pory roku" Vivaldiego i dzieła Bacha i Schuberta, w dodatku większość w aranżacji Nigela Kennedy'ego!) sprawiają, że warto się wsłuchać w "4 and 4".
Trzecią dobrą stroną jest choreografia. Nie mogę powiedzieć, że nie podoba mi się modern w wydaniu Weiss, chociażby dlatego, że lubię modern w ogóle, a Izadora Weiss czerpie z doskonałych wzorców. Niektóre fragmenty spektaklu zapalały w moim baletomańskim mózgu lampki przy nazwiskach Kylian, Ek i Petit, ale policzyłam to na plus. Gorzej, że kilka razy wiedziałam, że patrzę na elementy choreografii ze "...z nieba". Ogólnie jednak uważam, że chociaż Izadora Weiss nie stworzyła nic nowego, to udało jej się zaprezentować naprawdę dobry taniec współczesny, który tylko zyskał w połączeniu z muzyką poważną.
Ostatnią dobrą stroną jest marketingowa oprawa spektaklu. Tancerze z "4 and 4" są wszędzie

, migają mi na ekranie na stronie trojmiasto.pl i patrzą z plakatów na każdym rogu miasta. Nareszcie balet Opery Bałtyckiej ma twarze i nazwiska! Atutem są też naprawdę piękne, kolorowe zdjęcia i biogramy w programie.
A teraz się będę czepiać.
Niestety, zdolni tancerze, piękna muzyka i niezła choreografia nie wystarczą, by spektakl był dobry. W moim odczuciu wszystkie pozytywy "4 and 4" niweluje dziwna, niejasna treść, pokrętna symbolika i naprawdę brzydka scenografia (zwłaszcza w drugim akcie).
Rozumiem, że Izadora Weiss chciała odejść od stereotypowego postrzegania czterech pór roku jako kolejnych etapów życia człowieka, ale jej dobór motywów (wspomniana już nietolerancja jako lato czy agresja jako jesień) jest trudny do zrozumienia i bardzo hermetyczny. Nie rozumiem, jak do Jesieni mają się np. jednorożce (to jednak nie były kneble w ustach tancerek, ale...maski chirurgiczne?) - ok, można dopatrywać się w nich chęci "powrotu do niewinności", którą od zawsze symbolizują, szczególnie w zestawieniu z okrucieństwem wojskowych, ale wydaje mi się, że to bardzo odległe skojarzenie.
Kompletnie dla mnie nieczytelny jest też sposobu obrazowania Zimy. Według libretta, grupa "pięknych, młodych i bogatych" traktuje zło jako rozrywkę. Powiedzmy, że w zestawieniu z zimą mamy tu obraz ostatecznego upadku człowieka, jego moralnej śmierci. Szkoda, że tego kompletnie nie widać na scenie! Tancerze w czarnych kostiumach, kolejne w spektaklu "bicie niewinnego", kurtyna. Przepraszam, nie rozumiem.
W pierwszym akcie pojawia się też kilka motywów kompletnie moim zdaniem nie pasujących do ulotnej, abstrakcyjnej wymowy tej części widowiska. Koszmarne berety z antenkami na głowach kobiet atakujących zakochane w sobie dziewczyny i czerwony pluszowy króliczek. W pierwszym widzę inspirację Ekiem, ale u niego beret na głowie głupkowatej Giselle pasował do groteskowej atmosfery spektaklu, a u Izadory Weiss wprowadza niezamierzony (lub nietrafny) efekt komiczny. Nie chcę się nawet zastanawiać, czy to ma być odniesienie do moherowych beretów. Króliczek mógłby, owszem, obrazować niewinność i dziecięcość, ale jest w tym tak oczywisty, że w porównaniu np. z jednorożcami w maskach chirurgicznych wydaje się banalny, wręcz łopatologiczny.
Podobny efekt tworzą czaszki i skrzyżowane piszczele na czarnych koszulkach kobiet symbolizujących śmierć. Potęgują rozdźwięk między totalną nieczytelnością a rażącym banałem, psują koncepcję metafory i odejścia od kanoniczności.
W drugim akcie na próżno szukałam "prób oswojenia śmierci". Czy jej oswojeniem miało być to, że przygląda się tańczącym z kulisy, paląc (dosłownie) papierosa? I w którym momencie została pokonana? Jak zeszła ze sceny? Nie zauważyłam nawet, kiedy.
Ładnym motywem były czerwone światełka wniesione przez jednorożce, a potem wyniesione przez ocalonego tancerza, ale zupełnie zginęły w chaosie scen zbiorowych, których znaczenia dla spektaklu też nie mogę odgadnąć. Odnośnie scen zbiorowych dodam jeszcze, że raziło mnie nieregularne ustawienie tancerzy na scenie, które sprawdza się tylko wtedy, gdy zespół tańczy równo.
