Boris Ejfman (Rosyjski Hamlet i inne jego balety)
17 lipca zespół Borisa Ejfmana gościł w Sopocie ze spektaklem "Mewa".
Oczywiście obecna była silna reprezentacja forum.balet.pl, oddział Trójmiasto, ale jak widzę - nikt się nie kwapi do spisywania licznych wrażeń...?
Jak Wam się podobało? Co Wam się podobało najbardziej (poza Olegiem Markovem, prawda Marto z G-dza? :D)
Oczywiście obecna była silna reprezentacja forum.balet.pl, oddział Trójmiasto, ale jak widzę - nikt się nie kwapi do spisywania licznych wrażeń...?
Jak Wam się podobało? Co Wam się podobało najbardziej (poza Olegiem Markovem, prawda Marto z G-dza? :D)
Ach Czajori, bo sporo już o Mewie zostało napisane ( w tym wątku i w prasie: http://www.e-teatr.pl/pl/repertuar/34735,szczegoly.html ). Generalnie wszystkie recenzje są podobne i raczej trudno się z nimi nie zgodzić, ale skoro połechtałaś drzemiącego w wakacje tasiemcowego potwora napiszę parę słów i postaram się nie powtarzać tego co oczywiste.
Na „Mewę” szłam przede wszystkim z ciekawością jak wypadnie słynna scena hip-hopowa. Opinię na jej temat, które zdążyłyśmy wymienić już w trakcie przerwy były dość rozbieżne. Od wielkiego entuzjazmu i frajdy jaką sprawił ten taniec jednej z nas, poprzez „akurat w takiej formie ten styl pasuje do Ejmana, nie burzy klimatu przedstawienia a nawet wnosi nową jakość”, do mojej opini, że absolutnie nie był tam potrzebny (zwłaszcza, że przerwał moją kochaną Rapsodię ;) ). Wysocy, szczupli, wyprostowani tancerze nie tańczyli go naturalnie, śmiesznie wyglądali w za luźnych strojach i było zbyt kolorowo i grzecznie. Jak dla mnie mogło by jej tam nie być (albo może mogłaby być zrobiona w innym stylu). Oczywiście rozumiem jej znaczenie, natomiast chyba zwyczajnie nie lubie u Ejmfana chwytów, w których choreograf podlizuje się publiczności – podobne wrażenie miałam rok temu po jego Gali, na której pojawił się na scenie bodajże we fragmencie z „Don Juana i Moliera” do muz. Mozarta. Jak dla mnie i bez takich zagrywek to co oglądam na scenie ma zwyczajnie wystarczającą wartość.
Oczywiście całość jak można było się spodziewać wypadła ładnie. Szczególnie podobały mi się sceny z białą zjawą pojawiającą się na scenie (niesamowity efekt, zwłaszcza w momencie gdy potwór niespodziewanie zaczął rosnąć) oraz miłosne trio z drugiego aktu. Nie byłabym sobą gdybym nie porównywała tego co widzę do ostatniego sezonu w Operze Bałtyckiej. To co u Izadory było strasznie dosadne, u Ejfmana zostało pięknie pokazane – wystarczyły drobne, subtelne gesty – tak lubię! :twisted: Cudo! Dobra była też scena, w której strzelano do tancerki stojącej za przeźroczystą tarczą i mocny fragment z muzyką techno (trochę ciężko się go oglądało – ale chyba właśnie tak miało być).
Przyznam szczerze, że tak jak w minionym sezonie głośno mówiłam o tym, że nie lubię Opery Leśnej przede wszystkim z powodu trzeszczących głośników, chrupiącej szeleszczące chipsy i nastawionej biesiadnie publiczności no i tego, że dużo w tym miejscu zależy od aktualnej pogody – trzeba nosić ze sobą koc. Tak w tym roku podczas moich dwóch wizyt w tym „zabytku” mogę trochę docenić to miejsce. Położenie w otwartej przestrzeni, wśród drzew Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego (w zależności od scenografii) może stanowić atut – w żadnym zamkniętym teatrze nie zobaczymy kołyszących się od wiatru gałęzi za sceną. Akurat podczas tego przedstawienia niesamowicie wypadł krzyk tancerza, który mógł roznieść się wolny w powietrzu dzięki temu, że Opera nie jest zamknięta żadnymi ścianami. A do wszystkich niedogodności, jak się okazuje, można się przyzwyczaić.
Jeszcze parę słów o miejscu akcji. Przeniesienie go do sali baletowej mocno uprościło pracę scenografowi i kostiumologowi. Rozumiem, że takie okoliczności są najbliższe choreografowi, natomiast mi trochę brakowało „przeniesienia się w inny świat” na które widz ma okazję kiedy widzi na scenie niecodzienne kostiumy i dekoracje. Drążki są już takie zwyczajne...(choć w wakacje strasznie za nimi tęsknie) Oczywiście zarzut, że Ejfman poszedł w ten sposób na łatwiznę może wydawać się przesadą. Bo chyba wszyscy wyszli z przedstawienia odpowiednio lub przynajmniej trochę poruszeni całą sztuką(w tym oczywiście muzyką!) i tradycyjnie zadowoloneni z możliwości oglądania tańca w dobrym i smacznym wydaniu. Szkoda tylko, że choreograf swoimi wizytami faworyzuje Warszawę, bo Gdańsk jest baaardzo głodny...
Tak czy inaczej, po oświadczeniu naszej forumowej .:Caroline:. o wrześniowym maratonie z Ejfmanem w TW-ON dostałam niemalże polecenie natychmiastowego zakupienia biletów... także, jeśli będę mogła przyjechać to chyba nic mnie powtrzyma przed obejrzeniem tych ponoć bardziej poruszających dzieł :) .
Czajori, a Ty napiszesz parę słów? Może ktoś jeszcze?
Na „Mewę” szłam przede wszystkim z ciekawością jak wypadnie słynna scena hip-hopowa. Opinię na jej temat, które zdążyłyśmy wymienić już w trakcie przerwy były dość rozbieżne. Od wielkiego entuzjazmu i frajdy jaką sprawił ten taniec jednej z nas, poprzez „akurat w takiej formie ten styl pasuje do Ejmana, nie burzy klimatu przedstawienia a nawet wnosi nową jakość”, do mojej opini, że absolutnie nie był tam potrzebny (zwłaszcza, że przerwał moją kochaną Rapsodię ;) ). Wysocy, szczupli, wyprostowani tancerze nie tańczyli go naturalnie, śmiesznie wyglądali w za luźnych strojach i było zbyt kolorowo i grzecznie. Jak dla mnie mogło by jej tam nie być (albo może mogłaby być zrobiona w innym stylu). Oczywiście rozumiem jej znaczenie, natomiast chyba zwyczajnie nie lubie u Ejmfana chwytów, w których choreograf podlizuje się publiczności – podobne wrażenie miałam rok temu po jego Gali, na której pojawił się na scenie bodajże we fragmencie z „Don Juana i Moliera” do muz. Mozarta. Jak dla mnie i bez takich zagrywek to co oglądam na scenie ma zwyczajnie wystarczającą wartość.
Oczywiście całość jak można było się spodziewać wypadła ładnie. Szczególnie podobały mi się sceny z białą zjawą pojawiającą się na scenie (niesamowity efekt, zwłaszcza w momencie gdy potwór niespodziewanie zaczął rosnąć) oraz miłosne trio z drugiego aktu. Nie byłabym sobą gdybym nie porównywała tego co widzę do ostatniego sezonu w Operze Bałtyckiej. To co u Izadory było strasznie dosadne, u Ejfmana zostało pięknie pokazane – wystarczyły drobne, subtelne gesty – tak lubię! :twisted: Cudo! Dobra była też scena, w której strzelano do tancerki stojącej za przeźroczystą tarczą i mocny fragment z muzyką techno (trochę ciężko się go oglądało – ale chyba właśnie tak miało być).
Przyznam szczerze, że tak jak w minionym sezonie głośno mówiłam o tym, że nie lubię Opery Leśnej przede wszystkim z powodu trzeszczących głośników, chrupiącej szeleszczące chipsy i nastawionej biesiadnie publiczności no i tego, że dużo w tym miejscu zależy od aktualnej pogody – trzeba nosić ze sobą koc. Tak w tym roku podczas moich dwóch wizyt w tym „zabytku” mogę trochę docenić to miejsce. Położenie w otwartej przestrzeni, wśród drzew Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego (w zależności od scenografii) może stanowić atut – w żadnym zamkniętym teatrze nie zobaczymy kołyszących się od wiatru gałęzi za sceną. Akurat podczas tego przedstawienia niesamowicie wypadł krzyk tancerza, który mógł roznieść się wolny w powietrzu dzięki temu, że Opera nie jest zamknięta żadnymi ścianami. A do wszystkich niedogodności, jak się okazuje, można się przyzwyczaić.
Jeszcze parę słów o miejscu akcji. Przeniesienie go do sali baletowej mocno uprościło pracę scenografowi i kostiumologowi. Rozumiem, że takie okoliczności są najbliższe choreografowi, natomiast mi trochę brakowało „przeniesienia się w inny świat” na które widz ma okazję kiedy widzi na scenie niecodzienne kostiumy i dekoracje. Drążki są już takie zwyczajne...(choć w wakacje strasznie za nimi tęsknie) Oczywiście zarzut, że Ejfman poszedł w ten sposób na łatwiznę może wydawać się przesadą. Bo chyba wszyscy wyszli z przedstawienia odpowiednio lub przynajmniej trochę poruszeni całą sztuką(w tym oczywiście muzyką!) i tradycyjnie zadowoloneni z możliwości oglądania tańca w dobrym i smacznym wydaniu. Szkoda tylko, że choreograf swoimi wizytami faworyzuje Warszawę, bo Gdańsk jest baaardzo głodny...
Tak czy inaczej, po oświadczeniu naszej forumowej .:Caroline:. o wrześniowym maratonie z Ejfmanem w TW-ON dostałam niemalże polecenie natychmiastowego zakupienia biletów... także, jeśli będę mogła przyjechać to chyba nic mnie powtrzyma przed obejrzeniem tych ponoć bardziej poruszających dzieł :) .
Czajori, a Ty napiszesz parę słów? Może ktoś jeszcze?
Och M., to prawda, że już wiele zostało napisane o "Mewie", ale bardziej cenię nasze dyskusje, to chyba oczywiste. :) Niniejszym piszę parę słów.
Pomysł z przeniesieniem akcji "Mewy" do świata baletu jest moim zdaniem pierwszorzędny. Postać Trigorina idealnie nadaje się do stworzenia postaci despotycznego, chmurnego choreografa, Arkadiny - "starej primabaleriny" (nie, Tanc, nie mam na myśli Ciebie po kontuzji :P ), a Trieplewa - entuzjastycznego przedstawiciela młodego pokolenia tancerzy. Sceny zbiorowe zyskały dzięki "ćwiczebnej" oprawie (drążki, ocieplacze na nogach tancerzy) i choreografii podzielonej na partie Markov - corps. Podobał mi się pomysł "lekcji w spektaklu" i autentyczność tych kilku scen. Myślę, że właśnie dzięki temu Ejfman mógł wyraźnie prowadzić wątek różnic między Trigorinem a Trieplewem - bo gdzież lepiej widać różnice między choreografami, niż na sali prób? :)
W "Mewie" zauważyłam cechy realizacji Ejfmana, za które bywa krytykowany. Tutaj muszę nie zgodzić się z M. - nie wszystko było subtelne. Szczególnie rażący był dla mnie moment, kiedy po "tanecznej wymianie zdań" :D Trigorin zepchnął Trieplewa na deski sceny. Chyba dałoby się inaczej wyrazić pogardę i poczucie wyższości...Pod względem tego typu rozwiązań spektakl był, przynajmniej w moim odbiorze, nierówny. Pewne pomysły były doskonałe, np. proste, lecz wyraziste etiudy Trieplewa na początku pierwszego aktu i pod koniec spektaklu czy wspomniana przez M. biała zjawa, która miała być wyobrażeniem twórczej wizji Trieplewa. Myślę, że niewidoczni tancerze wijący się pod płachtą dobrze symbolizowali sztukę współczesną, która jest często niezrozumiała i odbierana jako zbyt dziwaczna.
Co do hip hopu, to mam bardzo mieszane uczucia. Nie wiem, czemu tak renomowana postać świata tańca, jaką jest Boris Ejfman, chwyta się środków typu "pozwólcie młodzieży przyjść do mnie". Ta scena była jak wstawiona na siłę, żeby małolaty miały coś dla siebie. O kostiumach nie będę nic pisać, bo zgadzam się w 100% z M. O dziwo jednak, tancerz w roli Trieplewa przekonał mnie dopiero swoim hip-hopem, bo wcześniej był dla mnie trochę mało wyrazisty.
Tyle ode mnie, żeby nie zacząć pisać tego, co wszędzie. :)
Pomysł z przeniesieniem akcji "Mewy" do świata baletu jest moim zdaniem pierwszorzędny. Postać Trigorina idealnie nadaje się do stworzenia postaci despotycznego, chmurnego choreografa, Arkadiny - "starej primabaleriny" (nie, Tanc, nie mam na myśli Ciebie po kontuzji :P ), a Trieplewa - entuzjastycznego przedstawiciela młodego pokolenia tancerzy. Sceny zbiorowe zyskały dzięki "ćwiczebnej" oprawie (drążki, ocieplacze na nogach tancerzy) i choreografii podzielonej na partie Markov - corps. Podobał mi się pomysł "lekcji w spektaklu" i autentyczność tych kilku scen. Myślę, że właśnie dzięki temu Ejfman mógł wyraźnie prowadzić wątek różnic między Trigorinem a Trieplewem - bo gdzież lepiej widać różnice między choreografami, niż na sali prób? :)
W "Mewie" zauważyłam cechy realizacji Ejfmana, za które bywa krytykowany. Tutaj muszę nie zgodzić się z M. - nie wszystko było subtelne. Szczególnie rażący był dla mnie moment, kiedy po "tanecznej wymianie zdań" :D Trigorin zepchnął Trieplewa na deski sceny. Chyba dałoby się inaczej wyrazić pogardę i poczucie wyższości...Pod względem tego typu rozwiązań spektakl był, przynajmniej w moim odbiorze, nierówny. Pewne pomysły były doskonałe, np. proste, lecz wyraziste etiudy Trieplewa na początku pierwszego aktu i pod koniec spektaklu czy wspomniana przez M. biała zjawa, która miała być wyobrażeniem twórczej wizji Trieplewa. Myślę, że niewidoczni tancerze wijący się pod płachtą dobrze symbolizowali sztukę współczesną, która jest często niezrozumiała i odbierana jako zbyt dziwaczna.
Co do hip hopu, to mam bardzo mieszane uczucia. Nie wiem, czemu tak renomowana postać świata tańca, jaką jest Boris Ejfman, chwyta się środków typu "pozwólcie młodzieży przyjść do mnie". Ta scena była jak wstawiona na siłę, żeby małolaty miały coś dla siebie. O kostiumach nie będę nic pisać, bo zgadzam się w 100% z M. O dziwo jednak, tancerz w roli Trieplewa przekonał mnie dopiero swoim hip-hopem, bo wcześniej był dla mnie trochę mało wyrazisty.
Tyle ode mnie, żeby nie zacząć pisać tego, co wszędzie. :)
Jasne, że nasze rozmowy są bezcenne.
Pisząc o subtelności miałam na myśli przede wszystkim piękną scene miłości głównych bohaterów. Nawet gdybym nie porównyła tej sceny do sceny miłosnej dziewczyn u Izadory, twierdziłabym, że jest piękna. A po porównaniu twierdze to tym bardziej. Obyło się bez macania, rozbierania, całowania i sztucznych kontrowersji. Super-subtelnie a przy tym ślicznie. Scena, o której Ty piszesz, mówiąc, że jednak nie wszystko takie było była mi obojętna - nic mi nie przeszkodziło w odbiorze ani mnie nie szczególnie nie poruszyło, nawet jakoś szczególnie nie zapadła mi w pamięci, więc nie jestem dobrym partnerem do rozmowy o niej (przynajmniej do następnego spotkania z "Mewą", jeśli takie będzie).
Ech, czyli tylko ja myślałam momentami - "sala baletowa - jakie to proste...", no nic przeżyje, bo i tak było ładnie. Dobrze, że w kwestii strojów się zgadzamy :). Ale Czajori, w odniesieniu tego co napisałaś o małolatach, muszę Ci przypomnieć o największej fance hip-hopu w naszym towarzystwie... entuzjaści tej sceny znaleźli się nie tylko wśród młodzieży :D
Pisząc o subtelności miałam na myśli przede wszystkim piękną scene miłości głównych bohaterów. Nawet gdybym nie porównyła tej sceny do sceny miłosnej dziewczyn u Izadory, twierdziłabym, że jest piękna. A po porównaniu twierdze to tym bardziej. Obyło się bez macania, rozbierania, całowania i sztucznych kontrowersji. Super-subtelnie a przy tym ślicznie. Scena, o której Ty piszesz, mówiąc, że jednak nie wszystko takie było była mi obojętna - nic mi nie przeszkodziło w odbiorze ani mnie nie szczególnie nie poruszyło, nawet jakoś szczególnie nie zapadła mi w pamięci, więc nie jestem dobrym partnerem do rozmowy o niej (przynajmniej do następnego spotkania z "Mewą", jeśli takie będzie).
Ech, czyli tylko ja myślałam momentami - "sala baletowa - jakie to proste...", no nic przeżyje, bo i tak było ładnie. Dobrze, że w kwestii strojów się zgadzamy :). Ale Czajori, w odniesieniu tego co napisałaś o małolatach, muszę Ci przypomnieć o największej fance hip-hopu w naszym towarzystwie... entuzjaści tej sceny znaleźli się nie tylko wśród młodzieży :D
Zdecydowanie odbyło się bez sztucznych kontrowersji, bardzo dobrze, że to zauważyłaś. Wątek miłosny Niny i Konstantego był rzeczywiście pięknie poprowadzony, a sceny miłosne takie, jak napisałaś - subtelne i romantyczne, nie wspominając już o efektownej choreografii i mistrzowskich "stop-klatkach", tak charakterystycznych dla Ejfmana. :)
-
..::Caroline::.
- Posty: 80
- Rejestracja: pt lut 15, 2008 6:03 pm
Widzę że wciąż tylko nasze dwie wspaniałe koleżanki się wypowiadają, a przecież było nas więcej ^^
Tak, zgadzam się z wami dziewczęta, wątek miłosny Niny i Konstantego był wyjątkowy! To wszystko było tak delikatne i romantyczne, a zarazem pełne pasji. Wszystkie ich wspólne sceny to momenty w których widz walczył ze sobą żeby nie zamknąć oczu i nie rozpłynąć się z rozkoszy, tylko dlatego że było by karygodne ominąć napiękniejsze fragmenty...
Co do "kontrowersyjnej" sceny hiphopowej to mi ani troche nie przeszkadzała, gdyż była na tyle nie dosłowna i zdecydowanie nie groźna, może poprzez [no coż...] nieco groteskowy wygląd tancerzy w takim wydaniu. Moim zdaniem wniosła coś tajemniczego [?] prawdopodobnie była całkowicie niepotrzebna, a zarazem niezbędna ...
A maraton we wrześniu... Tak, zdecydowanie tak ;)
M. czas najwyższy zacząć pakować bagaże na wrzesień ^^
Tak, zgadzam się z wami dziewczęta, wątek miłosny Niny i Konstantego był wyjątkowy! To wszystko było tak delikatne i romantyczne, a zarazem pełne pasji. Wszystkie ich wspólne sceny to momenty w których widz walczył ze sobą żeby nie zamknąć oczu i nie rozpłynąć się z rozkoszy, tylko dlatego że było by karygodne ominąć napiękniejsze fragmenty...
Co do "kontrowersyjnej" sceny hiphopowej to mi ani troche nie przeszkadzała, gdyż była na tyle nie dosłowna i zdecydowanie nie groźna, może poprzez [no coż...] nieco groteskowy wygląd tancerzy w takim wydaniu. Moim zdaniem wniosła coś tajemniczego [?] prawdopodobnie była całkowicie niepotrzebna, a zarazem niezbędna ...
A maraton we wrześniu... Tak, zdecydowanie tak ;)
M. czas najwyższy zacząć pakować bagaże na wrzesień ^^