Widzę, że pojawiła się druga po mnie osoba na forum, która nie rozpływa się w zachwytach nad Yuką Ebiharą, ale jest raczej sceptyczna

Na pewno była świetną Gamzatti, żałuję, że przegapiłam jej występ w Śnie, bo mam wrażenie, że w tej roli mógł nastąpić jakiś przełom, ale poza techniką wg mnie nie zdążyła się niczym szczególnym popisać jako artystka. Póki co odniosłam wrażenie, że jej sposób bycia na scenie i autoekspresji jest stały, dość jednorodny, a w teatrze trzeba przecież przechodzić metamorfozy, szukać różnych sposobów wyrazu, oczywiście w zgodzie ze sobą. Też sądzę, że awans Dagmary Dryl byłby bardziej uzasadniony

I Ali ma oczywiście rację.. gdyby poprzestać na sztywnym kanonie XIX-wiecznym to taniec stałby się sztuką umarłą i teatry by "zatęchły", a w końcu zaczęłyby tracić widzów, no, z wyjątkiem tych najbardziej ortodoksyjnych

Wątpię, czy jakikolwiek współczesny krytyk może wyobrazić sobie taniec klasyczny tylko w tej zakonserwowanej, niezmienionej formie. Ci, którzy chodzą niezmiennie na Jeziora i Dziadki to najczęściej publiczność sezonowa, obecna przeważnie w okresie świąt Bożego Narodzenia w teatrze, ale niektórzy potrzebują przecież czegoś więcej. Ile byśmy stracili, nie tylko balety współczesne, czerpiące z różnych technik, ale też reinterpretacje klasycznych dzieł, o których wspomniał Ali, autorstwa Eka, Neumeiera, Bourne'a, Bejarta itd. są przecież bardzo ważną, wartościową gałęzią sztuki tanecznej, nowoczesność osadzają w tradycji, aktualizują znaczenia, nadając nową wymowę przebrzmiałym formom, łączą pokolenia, co jest przecież ważne i potrzebne.
Co do powodzenia lub nie pewnych klasycznych dzieł na danej scenie to według mnie jest to najczęściej kwestia wykonania. Jest klasyka, która nawet w miernym wykonaniu daje się oglądać, jest znośnie, ale są takie balety, których w przeciętnym (nawet nie jakimś bardzo złym) wykonaniu nie da się po prostu oglądać. Do tych baletów zaliczają się wzmiankowane tutaj Sylfida, Giselle, a już w szczególności Oniegin. Niech ktoś mi wskaże jakieś przeciętne wykonanie Oniegina, podczas którego nie chce się wyzionąć ducha.. dopiero kreacje stricte aktorskie sprawiają, że widz żyje naprawdę tym baletem, że całość go wciąga i porywa. Do tych wniosków sama doszłam z czasem, bo dawniej mi samej zdarzyło się naiwnie zapytać kogoś ze środowiska (zupełnie spontanicznie): "jak to możliwe, że nie ma u nas Giselle?"
