Dziadka widziałam wczoraj, zgadzam się z poprzednimi opiniami, że I akt prawie w całości to duża pomyłka - również ożywiłam się od czasu wejścia Klary, w moim przypadku Marii Żuk. Była dziewczęca i czarująca, bardzo mi się podobała. Mogę się podpisać również pod wszelkimi entuzjastycznymi wypowiedziami nt Roberta Gabdullina - Maksim rzeczywiście w końcu zyskał rywala, jakkolwiek jeszcze "nieoszlifowanego", ale z przyjemnością będę śledzić postępy
A co do samej choreografii.. najciekawsze, najbardziej kunsztownie skonstruowane fragmenty zostały tutaj pokazane w opracowaniu.. Rudolfa Nuriejewa. Uwielbiam klasykę w jego wydaniu, "Śpiącej królewny", "Rajmondy" i "Don kichota" już nie potrafię sobie wyobrazić w innych choreografiach (dodałabym również "Romeo i Julię" i właśnie "Dziadka..", ale akurat te dwie choreografie jestem w stanie zaakceptować też w innych wersjach, chociaż te są dla mnie szczególnie ważne).
Walc śnieżynek to oczywiście przeróbka Nuriejewa - to moja ulubiona choreografia, rzeczywiście trudna, ale bardzo piękna, więc niezwykle mnie ucieszyło, że mogę ją zobaczyć też na warszawskiej scenie (co prawda z wpadającym w środku ni z tego ni z owego królem myszy, Klarą, księciem itd.). A paczki tancerek to niezbyt udane kopie tych, jakie nosiły tancerki wystepujące w Royal Ballet za czasów wystawiania tej choreografii, i jakie noszą obecnie tancerki Opery Paryskiej.
W każdym razie - od czasu kiedy zobaczyłam ten piękny, majestatyczny walc, dałam się wciągnąć.
Tańce w II akcie to nic specjalnego, a już szczególnie raził mnie - w naszej inscenizacji - taniec grecki, do którego muzyka jest przepiękna, a na naszej scenie obrazuje infantylne podrygi mędrca (czyżby to miał być jakiś filozof?), satyra (?) i uskrzydlonej trzpiotki. Gdyby choreografowie w tym miejscy zrezygnowali z własnej, ubogiej inwencji, a znowu "zerżnęli" z Nuriejewa, byłoby znacznie lepiej. Ale nie twierdzę, że tylko jego patetyczne rozwiązania są tutaj wskazane - humorystycznie i z przymrużeniem oka (co w tym wypadku nieudolnie próbowano osiągnąć) opracował ten taniec Roland Petit. Więc jest wiele wyjść, trzeba tylko talentu i pomysłów, żeby z któregoś z nich z powodzeniem skorzystać.
Co do pas de deux..
[quote4a="owca524"]A pdd to osobny temat.Nie wiem jak wy, ale jako jedyne popisało się prawdziwym stylem(no nie wiem jak to określić! klasą?)Przez chwilę miałam wrażenie, że oglądam kawałek wycięty z zupełnie innego baletu.[/quote4a]
Bo pas de deux jest w dużej mierze ściągnięte również od.. Nuriejewa. Stąd to wrażenie

Tak, mówię, że ściągnięte, a nie zapożyczone, bo w pierwszej części jest bardzo mało zmian, nie będę wymieniać figury po figurze, coda jest już bardziej przerobiona (np. dołożono kręcenie fouettes i piruetów, czego u Nuriejewa nie ma), co do wariacji męskiej to właściwie "skradziona" w całości, wariacja żeńska zmodyfikowana - ale wystarczy spojrzeć na zakończenie, kiedy tancerka musi połączyć obrót z błyskawiczną arabeską - jako przejściem - to już łatwo rozpoznawalny, zastosowany przez niego chwyt.
Co do aspektów wykonawczych - jest trudno, więc starałam się przymykać oko na niedociągnięcia, mam wrażenie, że szczególnie dla solisty dużym wyzwaniem jest partnerowanie tutaj tancerce, wymaga doświadczenia, jest trochę karkołomnych podnoszeń i szybkich przejść "z góry" " na dół", widziałam nawet raz prawdziwego "gwiazdora"

który z pewnym wysiłkiem nad tym panował, więc w tym wypadku tym bardziej staram się przykroić kryteria moich ocen na realia warszawskie.. ale nie ukrywam, że patrzę przez pryzmat tego, jak to się tańczy w Operze Paryskiej. Np. wspomniane już łączenie obrotu z arabeską, która powinna być szybkim, ostrym cięciem, w wykonaniu Marii Żuk było trochę rozmyte, nie takie, jak powinno być (cały czas mam przed oczami jak pięknie tańczy to Dorothee Gilbert).
I jeszcze walc kwiatów - mi się akurat bardzo podobał, owszem, niezgranie może zaburzać odbiór, ale wg mnie to dobrze że nasz zespół musi mierzyć się z czymś nawet bardzo trudnym, bo to zdecydowanie ciągnie do góry - poza tym moja cała uwaga skupiała się w tym wypadku na Maksimie Wojtiulu, bardzo eleganckiej Izabeli Milewskiej (chociaż nie Maks jej partnerował) i Aleksandrze Liashenko. Następnym razem będzie mi na pewno zależało na zobaczeniu tego duetu w rolach głównych (tzn. Maksima i Aleksandry).